niedziela, 16 listopada 2008

28 października 2008


Po śniadaniu, razem z moim kuzynem i jego dziewczyną pojechaliśmy w stronę Belfastu.
Najpierw pojechaliśmy do Hollywood – miejscowości pod Belfastem, gdzie mieści się Ulster Folk and Transport Museum (http://www.uftm.org.uk/).
Większość dnia spędziliśmy w części poświęconej folkowi. Uwielbiamy skanseny, możemy spędzić w takim miejscu cały dzień robiąc zdjęcia, wchodząc do każdej chaty, spacerując i czuć się, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Muzeum jest naprawdę bardzo fajne. Można wejść do każdego domku, do każdego pomieszczenia, ogrzać się przy kominkach, palących się w każdym domu, usiąść na krześle, pogłaskać kocisko wylegujące się w cieple ognia, spróbować tradycyjnego chleba pieczonego w jednym z domów… Większość ekspozycji to część miejska, akurat tutaj – najciekawsza. Część poświęcona wsi jest duża, ale mało tam domostw, są rozproszone.























































































































Bawiliśmy się tak dobrze, że w końcu na muzeum transportu została nam tylko godzina. Warto zobaczyć ekspozycję, choć eksponaty niestety, szczególnie rowery i motory, stoją upchane jeden obok drugiego…




























Nie zdążyliśmy już obejrzeć części związanej z lotnictwem. Może innym razem.
Po wyjściu z muzeum pojechaliśmy do Belfastu. Żeby wjechać do centrum trochę błądziliśmy, dobrze zwiedziliśmy obrzeża miasta










W końcu dotarliśmy, odnaleźliśmy jakieś w miarę, jak się nam wydawało, miejsce do parkowania i poszliśmy w stronę Belfast City Hall, skorzystać z The Belfast Wheel – belfaska wersja londyńskiego London Eye., z którego rozpościera się widok na całe miasto. Wsiada się do specjalnych kapsuł, koło robi 4 bardzo wolniutkie obroty. Wybraliśmy sobie chyba najfajniejsza porę na te atrakcję. Było jeszcze na tyle widno, że widzieliśmy całe miasto, lecz zaczęły się już zapalać światła, więc wszystko wyglądało naprawdę niesamowicie:












Dzień zakończyliśmy wizytą w KFC jedząc twistera z frytkami i popijając coca-colą. Na kasie spotkaliśmy polaka i był to oczywiście nie ostatni taki przypadek. Polaków w całej Irlandii jest po prostu pełno. Słychać ich na ulicach, mijaliśmy ich zwiedzając (na północnym wybrzeżu było więcej turystów-polaków niż irlandczyków czy anglików), pracują w marketach, w hotelach… A wszyscy tubylcy dziwili się tylko, że my przyjechaliśmy tam tylko zwiedzać, a nie pracować.

Brak komentarzy: